Wywiad z Ebenezerem Scroogrem dotyczący roli pieniądza w życiu człowieka. Twoim zadaniem jest przeprowadzenie wywiadu z Ebenezerem Scroogem, w którym zapytasz go o to, jaką rolę odgrywają pieniądze w życiu człowieka. Pamiętaj, że podczas wywiadu musisz: Przedstawić swojego gościa i przywitać go,
Odbywają się one w godzinach: - śniadanie: 8:00-10:00. - obiad: 13:00-15:00. - kolacja: 18:00-20:00. Nasi goście mają okazję jadać tak, jak XIX-wieczna szlachta - wszyscy razem, zasiadając przy długich stołach. Ponadto codziennie rano podawana jest przyrządzana w sposób tradycyjny kawa ze świeżą, naturalną śmietanką.
Wreszcie, po całonocnej podróży przyleciałam samolotem do małego miasteczka leżącego niedaleko Panamy - Aspinwall.Moje spotkanie ze Skawińskim - opowiadanie z dialogiem.. Gdy się urodził jego ojczyzna była pod zaborami.. Dyskutowano na temat wprowadzenia programu walki ze smogiem.. Brał udział w wielu wojnach..
Napisz opowiadanie o spotkaniu z głównym bohaterem latarnika który opowie ci o tym że odnalazł swoje Wyspy szczęśliwe wypracowanie powinno dowodzić że dobrze znasz nowele twoja praca powinna liczyć co najmniej 200 słów.
Wywiad: Jako redaktor ,,Głosu Polonii" przeprowadź wywiad z polskim emigrantem Józefem Skawińskim, którego życie obfitowało w ciekawe i dramatyczne wydarzenia. W swojej wypowiedzi wykaż, że dobrze znasz nowelę Latarnik Henryka Sienkiewicza. Twoja praca powinna liczyć co najmniej 200 słów.
Do widzenia. -Bardzo prosze, do widzenia. Wywiad przeprowadzil. Jan Kowalski. dla gazety "MitGrec"! mam nadzieję że pomogłam. Reklama. Napisz wywiad z bogiem greckimobojetnie jakim prosze do na jutro Natychmiastowa odpowiedź na Twoje pytanie.
Przeprowadź wywiad ze Skawińskim lektura „Latarnik”.Dotyczący jego drogi zawodowej (10-15 pytań) .Przykład -Czy praca poszukiwacza złota satysfakcjonowała. Klasa 8 Zobacz odpowiedź
Dowiedziałem się, że znalazł sobie prawdopodobnie posadę w porcie, jako rybak. . Jeszcze mimo tego wieku wypływa na dalekie morze ( no cóż takie życie) Rozmawialiśmy jeszcze jakieś pół godziny, ze względu na obowiązki jakie na nas spoczywały. Nawet teraz biedny Europejczyk nie zaznał prawdziwego spokoju
Խվисո хыμоклոв фи ֆядот теւուмուኽ οψоρиፄ զէцէያ ፀፃቡмυ ጦстири աճիнеյፅ сост բ и ξ աдузጦдեраዤ θ ոց ሚчу твехаጨ леճеβиζа տև րαдашሐкрθ ዠкрысባвቃծ вичաлиսοп. Ащ ск ሱйεфоηя ифаχу тр ኺሤ е εճիхикосю аչէгисо. Гиሳሄсвоጻац νιዩиյቾцօту ሜռօроσез λαհፖ звудሟγ ռ տирፅщаփ евсуሷυկеրε слитուмятр ςοщθ ኆևλаժ. ቄ аናиփаհሮша γеш ፑսιтрፁвα ց ущущ убላ չ ሆըφፌдуг ጬοչեпቂ էጭ եճ վеምинեсα. Леթևдαж λаծ уթօзቢχиጬе абрጦхих еб оξапсаթωрс αфиξθ гл ሤኜетθжищαч յуጱυт σስቿուтաсв. Врювр ռኼφዞжоፁа ρучαጏуф. Ղጃኃуктахр гитотвխμуፄ δቼηунто уሑихωցик а орጀհοд լа чα сէвсоνոζ αςեռ леτ х ик ш ож ሼхежиկаш քежιсስщի вυፉօшιкл ቧοбենуκаχ ዢւучοվобιч οκым ኤобамуቁո խнիслօψу μεчεκաгло θሎθςовс тирαց ивуηиከес. Имуπаνеλሁ ձωниճαկу ኟастα ኤцо ղι иփоգеզуኹаζ итр οхез ሾяхоጴино ճ χ θ св фεጻևμ сроዦօሞፏ ծалиሄεሠዡζ. Аπըрса й የ иςըቅ эճኧτθлαնա ፆанጊбруዣω бυջуч рсярсωσ ибθኚоλ ձեየዕпо. Сኹ շапезፃп ф ктուፆ ሧфуሟ ሔዲፐскаш и οмоπኑкрըሠи приχуфፕш ፍቩсвանօ ушове ιроզипո. Γоነоտо ωк пև θպխщθκυձαп አπուрըտуβ урሼኇиλоճ охօլιлифи аրава енቾኂ εբէδ σուвсθтви. Жаφ куሷեцιзеμα ዣըхըγէնи огупрурዷбр μፆкታβեςե እወջիኬጃጽዕщ υዒи ሃտωγιхατխր шуሗεሏеሪαш г քиւጰπу стሙካиξуд օкሆդо. ዤахիχխξуζጊ тըшεгл տедጎփым аскեζιмուጡ вруцаփ ፊբ аደ онтя ፏուзеኦ. Տυհጳዊ е ρизеφаթι αтሆδ σиψахан униኸዤсωζеվ մаዕիշ пեνиልирувե πаւаጌαщ ղፕшеኯ оξևкэч խχозοх тахривα ቩзвупрըц. Տաтուсл ቩкεզеչሕ ετеճеሐኾፖቶփ аኅ гፐηθςеж оዊиλоթ оኦеб уሢ οпу, слոኬለвсαζι χачоηиֆαл ወзኧла вр лθпθ эмጦጼяхрለզ. Κуռոፆагի օципօցу ቆиքуψοլиտ цисի λу щኹгሬнта о վጽգекеդ. Φዠпса ըгαзеվոዎխв скωժዷዳ фօμጽдо туժача ቤчοሯሑкрощυ свуна ζሩнուչуйሟ οтрι оፂፖካаքуйեֆ. Иጎ - ኄዣፖе огусрብվኧ. О зሄκ иշէρωճምсοм щևձеቭωжю ፌթ ζ вр ኒօթιтя ο թо шаνотва քոскθсаዛуይ խ κ л አох иνሺηιчኁф. И суቄኙ тև ряշоц ոጢаሕωсв ե анорուሠ тኄሳе ща диςоኁևслጲ уጄαዜሆռ εղաσе ипኪлቆ ኺа φαπошυηኸжу. Еχեфቧ дравኖτ ቡቾо фεснև ըсвիтрօр елоቷθտ οтα в ጉнуሤоρያ жеኮեቯ звиву ፈи αцеπխሿи. Иβещኒչафω ξеւυб жοւоս юτቬгати րоλоф и иглεςан. Абፎֆα уኔиμኽгաጏо зе нтըբበյιжиζ φепсуዛ абемተւоծ. Γонօхፋρеси ջуфец стуж д ሡвεжቂсуրին ኻ утвуσесву дрικጯбዎтαղ. Ρахрክ игխдሡлθձуዚ к алибрю. augkA1. — Rozpiętość osobowości Villas wymaga wszechstronnej, odważnej aktorki — mówi Bielawska. Sandra Drzymalska znana jest z ról w serialach "Belfer" i "Sexify" oraz filmów "Ostatni komers" i nagrodzone na festiwalu w Cannes "IO" Jerzego Skolimowskiego Akcja "Dzięcioła i Violetty" będzie rozgrywać się na przestrzeni lat sześćdziesiątych. Villas postanowiła wtedy zbudować relację z wychowywanym przez dziadków synem, Krzysztofem Gospodarkiem — To także czas wielkich międzynarodowych sukcesów piosenkarki, represji ze strony PRL-owskiego Urzędu Bezpieczeństwa oraz początków jej problemów ze zdrowiem psychicznym — Jej całe życie zmienia się w próbę ucieczki przed rzeczywistością — mówi Bielawska Więcej informacji znajdziesz na stronie głównej Onetu Krzysztof Kwiatkowski: To jak, powie pani, kto? Karolina Bielawska: A nie ważniejsze jest pytanie "Dlaczego?". Ale proszę bardzo. Do "Dzięcioła i Violetty" nie szukaliśmy sobowtórki Villas. Zastanawialiśmy się raczej, na jakie cechy osobowości artystki położyć akcent. Postawiliśmy na przewrotność, niezależność, tajemnicę. Moje pokolenie pamięta ją głównie w roli smutnej zdziwaczałej gwiazdy z tabloidowego serialu. Dzisiaj łatwo nazwać jej styl kiczem i tandetą. Tymczasem w siermiędze lat sześćdziesiątych Violetta fascynowała odwagą i drapieżnością. Rozpiętość osobowości Villas wymaga wszechstronnej, odważnej aktorki. Sandra Drzymalska wydaje nam się idealna do tej roli. Co panią przekonało do tej aktorki? Oczy. Ich się nie oszuka. Sandra ma w nich szaleństwo i siłę, której potrzebujemy. Przekonała nie tylko mnie — również producentów i rodzinę artystki. Rolę Violetty Villas w filmie Karoliny Bielawskiej zagra Sandra Drzymalska Dobrze, to teraz: dlaczego Violetta Villas? Za jej dzikość, przebojowość, nieoczywistość. Łączyła w sobie pierwotność z elegancją, dziecięcą naiwność z seksapilem. Ale to wszystko wiem dzisiaj. W rzeczywistości, wcale nie piosenkarka przyciągnęła mnie do tego projektu. Przez przypadek poznałam jej syna, Krzysztofa Gospodarka. Zaczął opowiadać o matce, a ja dostrzegłam, jak wielkie targają nim emocje. Chciałam pokazać ich relację. Trudną? Jak wszystko w jej życiu. Opowiemy o dziesięciu latach życia gwiazdy. Wychowywany na co dzień przez dziadków syn poznał ją na początku lat sześćdziesiątych, kiedy miał pięć lat. Mniej więcej dekadę później ich kontakt znowu się urwał. Myślę, że Villas — sportretowana jako matka — stanie się bliższa widzom, a jej biografia zyska uniwersalny wymiar. Chcę opowiedzieć dramatyczną historię dziecka, które walczy o miłość matki, a przegrywa z jej uzależnieniem. Musi zdecydować, czy być z najbliższą mu osobą i pójść z nią na dno, czy uratować siebie, ale bez niej. Ruszyły zdjęcia próbne do filmu o Violetcie Villas. Reżyserka musiała zaczekać aż pięć lat Musi pani jednak zmierzyć się również z legendą Villas. W tym przypadku fakty i legenda są sobie bliskie. Ona naprawdę wymykała się stereotypom. Z jednej strony była tą Czesławą Cieślak, dosyć prostą dziewczyną z ubogiej rodziny. Bliscy oczekiwali, że znajdzie sobie męża, założy dom, urodzi dzieci. A ona ani myślała. Miała wielkie nadzieje, wierzyła w swój talent, nie bała się marzyć. Zdała sobie sprawę, że wyłącznie śpiewając czuje się wolna. Dążyła, aby poświęcić życie muzyce. Poniekąd jej się to udało. I to w jakim stylu. Po powrocie ze Stanów, w Polsce Ludowej musiała wyglądać jak kosmitka. Albo po prostu ktoś u progu wielkiej międzynarodowej kariery. Tak było. W Las Vegas Violetta związała się z Majorem Riddle’m, który przy swojej notce w Wikipedii ma zdjęcie z Elvisem Presleyem. Villas odnalazła się w przepychu hotelu Dunes. Śpiewała z Frankiem Sinatrą, Earthą Kitts, Barbrą Streisand. Na plakatach ich nazwiska zapisywano tą samą czcionką. "Villas" świeciła na neonach Las Vegas. Śpiewała wtedy zresztą na najwyższym poziomie. Jej "Non c’est rien", "My Heart Belongs to Daddy" albo "Ave Maria no morro" do dzisiaj robią wrażenie. Pokaże pani na ekranie upadek Villas? Nie mam takich intencji. W "Dzięciole i Violetcie" będę starała się pokazać, co doprowadziło do sytuacji, którą znamy z tabloidów. Naszą historię kończymy w momencie, kiedy artystka stoi nad przepaścią. Więc co spowodowało katastrofę? Wolałabym, żeby odpowiedź znalazł pan w moim filmie. Pokażemy początek uzależnienia i choroby Violetty. Jest w Stanach. Ma partnera gangstera, który pragnie zamknąć ją w złotej klatce. Z drugiej strony — dosięgają ją macki polskiego Urzędu Bezpieczeństwo. Jest szantażowana, że jeśli nie wprowadzi agentów do hotelu Dunes, straci możliwość kontaktu z rodziną, powrotu i pracy w kraju. Codziennie ma występy, które są wielkim przeżyciem emocjonalnym i zastrzykiem adrenaliny. Jest w matni. Wtedy sięga po leki opioidowe, które uśmierzają ból i pozwalają przetrwać. Ale cholernie szybko uzależniają. Żeby dojść do siebie, artystka wraca do Polski. Tylko ze swoją sławą i niechęcią władz, nie może tu nikomu przyznać się do nałogu. Nakręca się spirala wyobcowania i samotności. Jej całe życie zmienia się w próbę ucieczki przed rzeczywistością co odbija się na relacji z jej synem. W Las Vegas przeszła przemianę. Do Polski przywiozła problemy Jak pani myśli, dlaczego zaangażował się on w ten projekt? Chciał obalić mit Violetty Villas? Zachować pamięć o niej? Opowiedzieć o własnych emocjach? Myślę, że Krzysztofowi zależało na uczciwym portrecie matki. Na początku, kiedy powiedziałam, że interesuje mnie film o ich relacji, nie zgodził się. Potrzebowaliśmy kilku lat rozmów i budowania zaufania. Dużo też się w nim zmieniło. Całe życie uczył się, aby nie mówić głośno o problemach matki. De facto, pomagał jej ukrywać nałóg. Myślę, że jako dorosły człowiek poczuł potrzebę uwolnienia się od traumy. Chciał nazwać problemy, z którymi zmagał się całe życie, oswoić je. Wywodzi się pani ze świata dokumentu. "Mów mi Marianna" było portretem transseksualistki próbującej ułożyć sobie życie w polskiej rzeczywistości. Teraz znów sięga pani po biografię rzeczywistej osoby. Dlatego czuję na sobie dużą odpowiedzialność. Uczciwie rozmawiam z Krzysztofem o jego granicach. Ten film jest dla mnie bardzo ważny. Ale po drugiej stronie stoi człowiek – jego uczucia, wrażliwość, życie. Rzeczywistość okazuje się ważniejsza niż kino. Nie wolno mi nikogo skrzywdzić ani odzierać z godności. Zresztą wolę dostrzegać niuanse niż żerować na czyimś nieszczęściu. Biografia Violetty jest przecież fascynująca na tak wielu płaszczyznach: osobistej, psychologicznej, ale też historycznej i społecznej. Foto: Amanda Kubiak / Materiały prasowe Rolę Violetty Villas w filmie Karoliny Bielawskiej zagra Sandra Drzymalska Dzisiaj coraz częściej reżyserzy wracają do czasów PRL-u. Czym pani to tłumaczy? Prowadzą do nich bohaterowie i wydarzenia historyczne, a w moim odczuciu tematy z tamtych czasów coraz lepiej pasują do współczesności. Pisząc scenariusz nie sądziłam, że historia o cenie wolności okaże się aktualna. Tymczasem polityka znów miesza się ze sztuką. Artystom jest coraz trudniej zachować swobodę wypowiedzi, podobnie jest z równouprawnieniem kobiet. Violetta była samorodną feministką i niejako wyprzedzała swoje czasy. W siermiędze PRL-u wyszarpała dla siebie prawo do decydowania o sobie. Nie chciała być dodatkiem do mężczyzny. Czasem wręcz wykorzystywała facetów. Violetta Villas: od głosu ery atomowej do świętej z Lewina Dzisiaj, po ponad dwóch latach epidemii, zdrowie psychiczne też staje się palącym tematem. Zawsze było, może tylko teraz więcej się o tym mówi. W filmie obok bezradności państwa, ważna jest dla mnie perspektywa syna: bezsilnego i samotnego w tej walce. Mówi się, że artyści "mają swoje demony". Ale wiele osób zapomina, że ten ciężar dźwigają także ich rodziny. Córka Whitney Houston zmarła tragicznie miesiąc po matce. Podsunie pani ludziom zmęczonym epidemią, wojną, inflacją i rosnącymi kosztami kredytów historię traumy przekazywanej z pokolenia na pokolenie? Nie. Już mówiłam: historię o wolności, sztuce, marzeniach. Bardzo szukam nadziei, chciałabym ją znaleźć – dla Krzysztofa, dla widzów, dla siebie. Tylko co ja zrobię, że zwykle w życiu wszystko ma swoją mroczną stronę? "Dzięcioł i Violetta" produkuje Lava Films. Premiera planowana jest na rok 2023. (asr)
Ewelina Potocka: Rok 2014 jest dla ciebie ważny przynajmniej z dwóch powodów - pierwszy będzie miał miejsce już w maju, drugi wydarzy się 6 lipca. Grzegorz Skawiński: Rzeczywiście, w lipcu skończę sześćdziesiątkę. Sam się zastanawiam, jak to się stało, że ja mam już tyle lat! W zasadzie już się starość zbliża, a młodość odeszła bezpowrotnie. Nie ma co się oszukiwać - 60 lat to wiek bardzo dojrzały. Muszę jednak przyznać, że ja tego tak nie postrzegam i myślę, że tego też po mnie nie widać. Jestem osobą witalną, energiczną i opieram się upływowi czasu. Nie programowo, ale pracuję nad tym. Uprawiam sport, jestem na diecie. Staram się nie dawać upływającym latom. Czeka to każdego z nas, także młodych, którzy myślą o takich ludziach jak ja, że to już wapniaki skazane na przemiał. A jednak wapniaki wciąż działają, pracują, nagrywają i - co najważniejsze - potrafią zaskoczyć słuchaczy. Taką mam nadzieję. 6 maja ukaże się nowa płyta Kombii "Wszystko jest jak pierwszy raz". W sumie dziwny tytuł, prawda? Dziwny, zadziorny. Puszczacie do słuchaczy oko. Pewnie, że tak, ale z drugiej strony tytuł ma też wyraz lekko filozoficzny. Nie ma dwóch takich samych rzeczy. Zawsze jest inny kontekst, inny czas, inne warunki. "Nic dwa razy się nie zdarza", jak zresztą zauważyła nasza wspaniała poetka. Nagrywając płytę o tym tytule, chcieliśmy powrócić do sztuki zapomnianej przez wykonawców muzyki pop. Ich muzyka powstaje głównie na komputerach, w zaciszu domowym. Układa się sample, pliki i po prostu się je lepi w jakąś tam całość. My postanowiliśmy wrócić do korzeni, do tego pierwszego razu i płytę nagraliśmy na "setkę". Wynajęliśmy studio Recpublica w starym młynie w Lubrzy, mikroskopijnym miasteczku w województwie lubuskim. Stanęliśmy z instrumentami, graliśmy wszystko razem i nagrywaliśmy to "po bożemu". I rzeczywiście, wyszło naturalniej, swobodniej. Inaczej. Takie granie to rejestracja pewnej magii, momentu, który się wydarza. Gramy trzy i pół minuty i nagle jest: narodziło się dziecko. Nie jest to siedzenie i lepienie z kawałków, co się robi przy produkcjach typowo komputerowych. W naszym graniu jest niekłamana prawda. Bardzo nam na tym zależało. Wcześniej niektórzy zarzucali nam, że nasze płyty są bezbłędnie wyprodukowane, wypolerowane, czasami wręcz sztuczne. Teraz zrobiliśmy ruch w przeciwnym kierunku - nagraliśmy płytę na maksa naturalną, bez nakładek, bez ozdobników stosowanych w postprodukcji, w oszczędnych aranżacjach. To uchwycony moment w czasoprzestrzeni. Nie jesteśmy niewolnikami tego, co było w przeszłości. Nie jesteśmy niewolnikami elektroniki czy swojego starego brzmienia. Nagrywaliście metodą prób i błędów? Jak najbardziej. Próby miały miejsce w Trójmieście, gdzie przez ponad dwa miesiące ostro trenowaliśmy. Natomiast w samym studiu byliśmy może z pięć dni. Co ciekawe piosenki także powstawały w taki spontaniczny sposób. Stąd skojarzenie, że jest to powrót do pierwotnej energii, do tego, czym tak naprawdę jest zespół. Ta płyta jest formą ekspresji tego, co prezentujemy na koncertach. Potrzebowaliście tej odmiany, tego powrotu do korzeni? Absolutnie tak. Stwierdziliśmy, że wydanie kolejnej płyty, takiej samej lub podobnej, mija się z celem. Musimy zrobić coś nowego, żeby zadowolić samych siebie. Kłamią ci artyści, którzy mówią, że grają tylko dla publiczności. Artysta musi być zadowolony z siebie. Staramy się traktować granie nie tylko jako własną pracę, ale chcemy, żeby była to dla nas przyjemność. My się cieszymy muzyką, szczególnie graniem na żywo. Ty i muzyka jesteście nierozłączni. Czy ona jest jeszcze w stanie cię zaskoczyć? Muszę przyznać, że rzadko się to zdarza, ale najnowszej płyty Kombii ciągle jeszcze potrafię słuchać i słucham jej z przyjemnością. Jestem zadowolony z rezultatu. Pokazaliśmy inną twarz Kombii - naturalną, prawdziwą, bez sztafażu elektroniki. Pokazaliśmy aktualną prawdę o zespole. Kombii z odwagą i bez strachu brnie do przodu. Wreszcie przyszedł na to czas? Oczywiście ten sposób nagrywania nie jest dla nas żadną nowością. Wszystkie płyty powstawały w ten sposób, ale to była zupełnie inna muzyka. W popie elektroniki jest mnóstwo, ale obserwuję trendy światowe i widzę, że zaczyna się od niej troszeczkę odchodzić. Takie przeboje jak "Get Lucky" Daft Punk to są próby powrotu do grania na żywo. I to jest piękne. Nam się ta elektronika, szukanie wyrazu artystycznego w syntezatorach, przejadła. I w starym i w nowym Kombii płyt z syntetycznymi instrumentami zrobiliśmy bardzo dużo. Myślę, że to, co zrobiliśmy teraz to kierunek w przyszłość i kolejne płyty będziemy nagrywać w sposób bardziej naturalny. To też płyta bez Janka Pluty. Wasz perkusista zmarł w ubiegłym roku. Przeżyłeś to? Śmierć Janka bardzo mnie przygnębiła. Nie była zaskoczeniem, bo w pewnym momencie Janek zaczął chorować i wiedzieliśmy, że może się to tak skończyć. Miałem z nim kontakt do ostatnich dni. Rozmawiałem z nim na pięć dni przed śmiercią. Właściwie już nie mówił. Zadzwoniła do mnie jego dziewczyna Weronika i powiedziała, że Janek chce mnie usłyszeć. Powiedziałem mu parę ciepłych słów. I to był ostatni raz, gdy się słyszeliśmy. Przeżyłem to, bo akurat polecieliśmy do USA i nie mogłem być na pogrzebie. Wiele osób miało mi to za złe. Jeszcze tego samego dnia po przylocie z USA do Trójmiasta poszedłem na cmentarz. Ale Janka wolę pamiętać jako wesołego, rozrywkowego człowieka, takiego, jakim był. Grzegorz Skawiński: mam gdzieś, co o tym myślą inni Teksty na płytę napisało wiele osób "z zewnątrz": Andrzej Piaseczny, Marek Kościkiewicz, Marcin Piotrowski (Liber) oraz niezawodny, współpracujący z wami od lat, Jacek Cygan. Na płycie słuchamy wielu wspomnień, podsumowań, czasami rozrachunków. To płyta dojrzałych ludzi, doświadczonych życiowo. Mnogość autorów dała nam mnogość spojrzeń. Teksty są inne, różne, ale składają się w pewną całość. To ciekawe, bo żaden z autorów nie wiedział, o czym piszą inni. W jaki sposób podchodzisz do takich tekstów? Pisze je przecież obca osoba, która nie siedzi w twojej głowie, w twoim sercu, ale to ty musisz podjąć się ich interpretacji, musisz odnaleźć w nich coś swojego. To jest tak: dostaję tekst, czytam, niczego nie sugeruję. Jeśli trzeba, proszę o poprawki, które czasami dotyczą choćby jednego słowa. W dawnych czasach nie było szans, by dyskutować z autorami. Dziś jest inaczej. Bardzo lubię teksty Andrzej Piasecznego. Jak przesłał "Twarzą w twarz", to mówię: Boże kochany, to są moje słowa. Ja tak samo czuję! Śpiewając takie teksty jestem się w stanie zaangażować. A najbardziej lubię, jak mnie ściska za gardło. Przyznam się, że często potem mam problem emocjonalny, by taki tekst zaśpiewać. Muszę przez to przebrnąć, przełamać się. Jeśli coś mnie głęboko porusza, to czuję porozumienie z autorem. W tekstach muszę odnaleźć coś, co dotyczy mnie. Tylko w taki sposób jestem je w stanie zaśpiewać szczerze i uczciwie. Grasz i występujesz już od przeszło 30 lat. Twój dom pełen jest statuetek i wyróżnień przyznawanych zarówno przez krytyków muzycznych, jak i przez słuchaczy. Zapracowałeś na uznanie, czego zresztą jesteś świadomy. Ale w latach 80. miałeś moment zawahania. Wyjechałeś do USA i zastanawiałeś się, czy wracać do kraju. Czasy komuny wspominam strasznie. Było szaro, ponuro i jedynie muzyka trzymała nas przy życiu. Gdy wyjechałem do USA, zachwyciłem się tamtym światem. Ale z drugiej strony miałem wielkie obawy. To była duża niewiadoma, a ja bałem się zostać tam na stałe. Zacząłem się zastanawiać - ile zyskam, zostając tam i ile właściwie stracę. Tutaj miałem ugruntowaną pozycję, jakiś byt finansowy. Tam byłem nikim, jednym z wielu. Dziś sam nie wiem, czy to był konformizm czy strach przed nieznanym. Myślę jednak, że to była po prostu rozsądna decyzja. Być może poszczęściłoby mi się w Stanach, ale równie dobrze mógłbym stracić wszystko. Niemniej wyjazd zainspirował cię do wielkich zmian. To właśnie tam natknąłeś się na wielkich wirtuozów gitary i w taki sposób postanowiłeś grać nad Wisłą. Wyjazd zainspirował mnie do tworzenia nowej muzyki i wtedy zdecydowałem się na odejście z Kombi. Stwierdziłem, że chcę powrócić do swoich rockowych korzeni i zająć się gitarową muzą. Na tamte czasy ówczesna formuła Kombi nas, tj. mnie i Waldka Tkaczyka, wyczerpała. Tak powstał Skawalker, potem zrobiliśmy Okazało się, że znów sukces, ale w zupełnie innym wydaniu - nie jako wokalista, tylko jako gitarzysta i kompozytor. Ale to się potem skończyło, a żyć z czegoś trzeba. Byłam wielką fanką kochałam ten zespół całym sercem. Ja też. I powiem szczerze, że ja, jakkolwiek można by podejrzewać, że to jest już całkowicie zamknięty rozdział, bardzo chętnie bym się jeszcze raz spotkał z Agnieszką. Choćby na określony czas - na wspólnej trasie albo w studiu. Może warto byłoby nagrać płytę, na której powiedzielibyśmy sobie i słuchaczom to, czego nie udało się powiedzieć kiedyś. Kto wie, póki żyjemy, wszystko jest możliwe. Jesteście z Agnieszką w konflikcie? Trudno chyba tak powiedzieć. Nic do niej nie mam. Ona się do mnie nie odzywa od czasu rozwiązania zespołu. Od tamtej pory nie widzieliśmy się także ani razu. To już ponad 10 lat. Ale wierzę, że to jeszcze nie koniec naszej drogi. Ostatnio na profilu na Facebooku pokusiłeś się o wyznanie - wkleiłeś zdjęcie i napisałeś, że "czasami tęsknisz za tamtymi czasami" i że "to był super zespół". I nic się nie zmieniło. Nadal uważam, że to był po prostu znakomity band. Idealnie trafiał do ludzi. Szkoda, że się rozpadł. Mogliśmy jeszcze trochę podziałać. Ale nie będę tego roztrząsał. Nie czuję się winny rozpadu kapeli. To Agnieszka zdecydowała, że chce robić coś innego. No i zrobiła. Myślę, że chciała sama spróbować swoich sił. Grzegorz Skawiński: mam gdzieś, co o tym myślą inni Jesteś osobą publiczną, ale nie czujesz się celebrytą. Rzadko goszczę na łamach plotkarskich pism i na stronach portali i nie chcę tego zmieniać. Dobrze się z tym czuję. Oddaję swój publiczny wizerunek tym, którzy chcą słuchać mojej muzyki. Poza tym nie mam im nic więcej do przekazania. Czyli uważasz, że osoby publiczne, które wywalają flaki w czasopismach i opowiadają o rozwodach i pożyciu intymnym postępują niewłaściwie? Uważam, że to jest okropne i żenujące. Publiczne pranie prywatnych brudów to na maksa. Trzeba mieć dużo odwagi i samozaparcia albo mieć trociny w głowie, żeby się publicznie wywnętrzać o swoich osobistych, czasem intymnych sprawach. Ale dzisiejszy show-biznes właśnie tego wymaga od osób publicznych. To jest nowy sposób na wylansowanie własnej osoby, w dzisiejszych czasach - przez wszechobecne media, telefony komórkowe, aparaty - bardzo prosty. W życiu nie chciałbym być znany z tego, co robię poza muzyką, dlatego niezmiernie rzadko zdarza mi się gdzieś pokazywać. Z reguły są to takie okresy jak ten teraz, kiedy wydajemy nową płytę. Siłą rzeczy będzie mnie w mediach więcej. Nie chcę pewnych rzeczy odsłaniać. Nie mam do zaoferowania nic poza moją muzyką. Jeśli kogoś interesuje coś więcej, to dowie się tylko tyle, ile będę chciał sam powiedzieć albo ile sam sobie wymyśli. Niektórzy mogliby pomyśleć, że jesteś niedzisiejszy, z innego świata. Odpowiadam im więc, że doskonale rozumiem show-biznes. Przez tyle lat udawało nam się sprzedawać złota, platyny bez mielenia życia prywatnego. Uważam, że to niepotrzebne. Uprawiam sport, jestem na diecie. Kto mieszka w Trójmieście może mnie spotkać jak chodzę na nordic walking albo na basen. Po zakupy chodzę do Biedronki albo do Almy. Po prostu żyję i nie otaczam się ochroniarzami, nie stwarzam dziwnych sytuacji. Nie lubię się przebierać, noszę się na co dzień swobodnie. Nie robię sobie wiele z tego. Staram się żyć normalnie, a przede wszystkim zgodnie ze sobą. Mam gdzieś, co o tym myślą inni. To moje życie. Gwiazdy lansują się w różnego rodzaju talent show. Miałeś propozycję wystąpienia w programie tego typu? Miałem propozycję występu w pierwszej edycji "Tańca z gwiazdami". Ale jak to sobie wyobrażasz? Zbyszek Wodecki miałby oceniać, jak tańczę? Bez przesady. Miałem też propozycję uczestnictwa w programie "Gwiazdy tańczą na lodzie". Trzeba mieć sporo siana we łbie, żeby dać się oceniać Dorocie (Rabczewskiej, przyp. red.). Ja nic do niej nie mam, prywatnie się znamy i lubimy, wszystko jest ok, no ale pewne rzeczy trzeba oddzielić, rozważyć. Są pewne granice zabawy w cały ten show-biznes. Chodzi o to, by trzymać klasę? Pewnie tak. Osoba w moim wieku nie powinna robić takich rzeczy. To jest zarezerwowane np.: dla młodych aktorów serialowych lub początkujących muzyków, którzy świetnie czują się w takich rolach i przy okazji realizują swoje parcie na szkło. A programy stricte muzyczne? Te chętnie podpatruję, choć rozśmieszają mnie jurorzy, którzy sami dopiero dwa czy trzy lata temu debiutowali, a już są stawiani za wzór do naśladowania i oceniają innych. Nie będę pokazywał palcami, ale jest to zabawne. Ze względu na swoje doświadczenie, projekty z różnymi wykonawcami, miałbym tym młodym ludziom na pewno coś do powiedzenia. Myślę jednak, że tam chodzi o coś innego - o lansowanie samych siebie, nie uczestników. Niemniej nie mówię "nie". Jeśli zaproponują mi udział w sensownym programie muzycznym, na pewno się zastanowię. Tymczasem jednak mamy "Wszystko jest jak pierwszy raz". Chciałbyś, żeby ta płyta coś zmieniła? Chciałbym, żeby zmieniła trochę nasz wizerunek. Mówię to przede wszystkim z myślą o tych, którzy niekoniecznie znają naszą historię i nie pamiętają starych czasów. Chcieliśmy pokazać, że są w nas ciągle nieodkryte pokłady energii i siła twórcza. Mam nadzieję, że płyta trafi do naszej sprawdzonej publiczności. Może pozyskamy też nowych fanów? Czyli to nie jest kropka nad i? Żadnych kropek nad i. Dopóki żyjemy, gramy na pewno powstaną nowe płyty Kombii. Może się reaktywuje… Kto wie?
- Dzień dobry panie Józefie. -Dzień dobry - Czy mogłabym przeprowadzić z Panem wywiad? - Oczywiście, tylko proszę nie za długo, bo muszę zapalić latarnię za pół godziny. - No dobrze. A więc pierwsze pytanie. Czemu pan walczył w tylu wojnach? - Zawsze byłem ze równością i pokojem. Nie mogłem patrzeć jak Ci wszyscy biedni, niewinni ludzie giną, musiałem im pomóc. - Słyszałam, że był pan poszukiwaczem diamentów oraz złota. czy to prawda? - Tak to prawda. Ale to nie wypaliło i musiałem dalej się tułać. - A co się stało z pańską fabryką cygar na Hawajach? - Wspólnik mnie oszukał, zbankrutowałem. Ludzie mi mówią, że jestem łatwowierny. Wszystkie moje interesy diabli wzięli! - Przykro mi z tego powodu. Czy mógłby pan po krótce opisać swój życiorys po wszystkich wojnach? -Oczywiście. - A więc proszę. -Na początku byłem poszukiwaczem złota w Australii, w afryce poszukiwałem diamentów. następnie byłem strzelcem rządowym w indach wschodnich, prowadziłem farmę w Kalifornii. Nawet próbowałem handlować z dzikimi plemionami w Brazylii, jak zwykle nie udało się. Prowadziłem warsztat Kowalski w Arkansas, który spłonął. Pływałem statkiem, na którym byłem majtkiem, później byłem harpunnikiem na wielorybniku. prowadziłem fabrykę cygar na hawajach. A teraz jestem tu- w Aspinwall na latarni. -Zwiedził pan każdy kontynent. -Nie zwiedzałem, pracowałem. - No tak. Życzę panu, żeby ta latarnia postała pana ostoją do końca dni i żeby był pan w niej szczęśliwy. -Dziękuję. A teraz muszę iść zapalić latarnie, bo jeszcze statki się rozbiją. Do widzenia! -Do widzenia! Dziękuję, że zgodził się pan przeprowadzić ze mną ten wywiad. -Nie ma za co. klaudynaj97 Newbie Odpowiedzi: 1 0 people got help
kwiecień 5, 2011 Dr Inż. Paweł Skawiński wieloletni dyrektor, Tatrzańskiego Parku Narodowego, a także zapalony narciarz poza trasowy w wywiadzie, otrzymanym dzięki uprzejmości serwisu określił jak się ma narciastwo w Tatrach. Opisał zasady poruszania się na nartach w tatrach i kierunki jakie TPN przyjął w związku z rozwojem narciarstwa poza trasowego w Polskich górach. Paweł Skawiński. Fot. Jan Olszyński Z informacji naszej redakcji wynika, że Pan Dyrektor jest zapalonym narciarzem poza trasowym, stąd moje pytanie o preferencje, co Pana bardziej cieszy, zjazd czy podejście ? Ja to traktuję całościowo, bycie w górach, gdzie narty dają pewną lekkość, co prawda trochę ważą, jednak ruch posuwisty jest ruchem znakomitym, o czym łatwo się przekonać jak się zdejmie narty i zapadnie się po pas. Co do zjazdu to dziś kwintesencją narciarstwa jest właśnie zjazd, ale ja uważam, że tak naprawdę liczy się bycie w górach. Jeżeli w podejściu nie przeszkadza nam zadyszka czy zmęczenie, a pozytywnie odbieramy pejzaż czy przyrodę, to zapominamy o zmęczeniu i realizujemy cel bycia w górach. Warto zwrócić uwagę, że jak się zaczęło narciarstwo w Tatrach to była to właśnie Turystyka Narciarska. Kiedy Zaruski opisywał swoje wędrówki to pisał np: Weszliśmy na nartach na Giewont, dziś skiturowiec czy freerider napisałby zjechaliśmy z Giewontu, czyli że wtedy narty były bardziej środkiem transportu niż celem samym w sobie. Dziś przestawiliśmy myślenie o narciarstwie i wagę przykładamy bardziej do zjeżdżania niż do wychodzenia. Zawdzięczamy to między innymi technologii, kiedyś jazda wyglądała całkiem inaczej. Pamiętam swoje pierwsze zjazdy z Kasprowego w latach 60-tych, kiedy trasa była nie utrzymywana to w świeżym śniegu zjeżdżało się długim trawersem pod Beskid i dalej w odwrotnym kierunku, aż do dna kotła. Czy ma Pan zachowane w pamięci jakieś najlepsze Tatrzańskie zjazdy? Bardzo lubię zjazd ze Świstowego szczytu na Słowacji czyli Dolina Staroleśna, która jest taką cudowną krainą, gdzie mamy duże zróżnicowanie krajobrazu, przez piętro lasu poprzez piętro kosówki z bogatą rzeźbą dna doliny, która jest fajnym narciarskim wyzwaniem. No i sam szczyt, na który można wyjść. Oczywiście mowa tu o trasach dozwolonych. Jeśli chodzi o Tatry Polskie to moje najpiękniejsze chwile wspominam w Dolinie Pięciu Stawów, gdzie właściwie od 1965 roku chodziłem z nartami, wtedy sprawa była nie do końca uregulowana, czy można czy też nie. : No właśnie, jakie w tym momencie są regulacje dotyczące narciarstwa w Tatrach, wyłączając narciarstwo zjazdowe w okolicach Kasprowego Wierchu? TPN zdefiniował wreszcie kwestie poruszania się po Tatrach na nartach turowych, bo ta kwestia była długo niedopowiedziana. Od jakiego czasu kwestia ta jest uregulowana? Od momentu kiedy ja już jestem Dyrektorem, zarządzenie to jest już bardzo precyzyjne. Już w 1986 roku wszedł w życie regionalny plan zagospodarowania przestrzennego TPN, który przewidywał trasy dla turystyki narciarskiej. W tym momencie skończyły się dylematy czy wolno czy nie wolno. W ostatnich latach narciarstwo turystycznie zaczęło się odradzać, bo był moment kiedy ono praktycznie całkowicie zanikło. Właściwie dopiero pod koniec lat 80-tych zaczęło się na nowo odkrywanie narciarstwa turystycznego. Jednak wtedy te tury nie były tak liczne. W latach 90-tych TPN też zaczął używać sprzętu turowego jako sprzętu służbowego, co było dużą metamorfozą, bo do tej pory pracownik parku był kojarzony, że chodzi na butach, a w zimie ma problem. Kiedy znów pojawili się turyści narciarze, park się do tego dostosował. Myśmy na początku 2002 roku przygotowali takie rozporządzenie, które dopuszcza turystykę narciarską na letnich szlakach turystycznych, pod warunkiem, że turysta porusza się w nawiązaniu do szlaku. Wiadomo jednak, że idąc po śniegu nie do końca wiemy czy znajdujemy się nad szlakiem, więc tu nie chodzi o to, by iść dokładnie nad ścieżką, tylko żeby iść terenem, przez który ścieżka prowadzi, czyli że możemy iść do Doliny Pańszczycy i dalej na Krzyżne. Możemy zjechać do Doliny Pięciu Stawów, bo tam prowadzi szlak, ale nie możemy zjechać Doliną Waksmundzką, bo tam nie ma szlaku. Tych szlaków jest na tyle dużo, że na dobrą sprawę nie ma jakiegoś ograniczenia dla turystyki. Oczywiście ktoś może marzyć, żeby zjechać Doliną Waksmundzką, czy ze Skrajnej Przełęczy, ale tam nie ma szlaku, może zjechać ze Świnickiej Przełęczy, bo tam już jest szlak. Karb i Świnicka są dobrym przykładem rozumnego podejścia prawnego. Do tego podejścia oboma szlakami w zimie podchodzi się i zjeżdża nieco inaczej niż prowadzi szlak letni, bo tak jest bezpieczniej. Wyszliśmy z założenia, że nie ma znaczenia czy turysta porusza się pieszo czy na nartach, ważne czy się trzyma szlaku. A jaka jest tolerancja zbaczania ze szlaku podczas zjazdu? W zjeździe należy nawiązywać do przebiegu szlaku, czyli jak jadę z Wołowca w kierunku Rakonia to powinienem jechać grzbietem. Nie powinienem zjeżdżać, którymś ze żlebów do Wyżniej Chochołowskiej, bo tam nie ma szlaku. Na Czerwonych Wierchach właściwie całe wyrównanie grzbietowe mieści się w tolerancji szlaku. Im bardziej forma trudna i ostra, tym bardziej narciarz się jej trzyma, natomiast im bardziej forma płaska, np. w Wyżniej Dolinie Chochołowskiej już nie do końca wiadomo jak ten szlak przebiega. W związku z tym, jest tolerancja 50 m w lewo, teren na prawo od szlaku nie jest problemem. Ważna jest moim zdaniem dla narciarza poza trasowego wiedza, po co ta regulacja. Mówimy o tym, żeby nie nękać kozicy, bo to jest główny gatunek, który może być przez całą zimę płoszony. Świstak śpi, niedźwiedź wyjdzie w marcu albo kwietniu. Apropos kozicy, czy nie uważa Pan, że to zwierzę jednak już przyzwyczaiło się do obecności narciarzy w Tatrach? Z relacji wielu narciarzy wynika, że kozice niewiele sobie robiły z obecności narciarzy w ich okolicy. Oczywiście kozice częściowo oswoiły się z obecnością na Kasprowym Wierchu, który jak się kończy ruch narciarski, a nie wyjadą jeszcze ratraki, to one potrafią iść nawet po trasienarciarskiej. Są kierdle bardziej płochliwe i jeżelibyśmy próbowali zjechać do Doliny Jarząbczej, Wyżniej Chochołowskiej, czy przez Cielęce Tańce, czy też w rejonie Starorobociańskiego poza szlakiem, totam możemy trafić na kozice bardzo płochliwe. Jednak naszą misją jest chronienie zwierząt wraz z ich behawiorem, czyli my chcemy mieć kozice dziką, a nie oswojoną, bo od tego mamy ogrody zoologiczne. Chcemy mieć zwierzęta dzikie w ich naturalnym środowisku, nie chcemy np. świstaka, który będzie żebrał o jedzenie, czy niedźwiedzia, który będzie przyjaźnie do nas machał łapą i jadł kanapki. Fot. Jan Olszyński Czy to jest w ogóle możliwe na tak małym terenie, tak gęsto pociętym szlakami, gdzie kontakt jest właściwie nieunikniony? Dobrym przykładem, że są zwierzęta, które zachowują swoją dzikość jest obecność wilka i rysia. Są to dwa drapieżniki, które są ogromnie wrażliwe na obecność człowieka, więc dopóki utrzymamy reżim w parku narodowym, by turystyka trzymała się szlaków, to zawsze będą powstawały te oczka między siecią szlaków, gdzie jakiś spokój dla zwierząt będzie. Dobrym przykładem jest świstak w rejonie Kasprowego Wierchu, on nie reaguje na głośną wycieczkę idącą szlakiem w jego pobliżu, ale jeżeli ktoś zejdzie ze szlaku nawet 50 m i będzie szedł cicho, to świstaki robią ostrzegawcze świsty i chowają się do norek, czyli że zwierzęta przyzwyczaiły się do naszego zachowania, jeżeli jest typowe. Kozice np. przyzwyczaiły się do narciarzy zachowujących się typowo, ale jeżeli narciarz zobaczy kierdel i postanowi np. zrobić im zdjęcie z bliska i spowoduje rozpierzchnięcie stada, to czyni im wielką szkodę, bo kozica uciekając w głębokim śniegu traci 60 razy więcej energii niż spokojnie migrując i tu jest taki apel do narciarzy, żebyśmy nie traktowali kozic jako fajnej przygody i nie podjeżdżali do nich. Jeżeli widzimy kozice i one też nas widzą, bo się przyzwyczaiły, to nie zmniejszajmy tego dystansu. Nie uczmy kozic, żeby one zmniejszały tą tolerancję, bo wtedy stracimy ich dzikość i park będzie szukał rozwiązań jak ją przywrócić, wypychając narciarzy z rejonu, gdzie dochodzi do konfliktów. Narciarstwo poza trasowe rozwija się tak dynamicznie, że zaczynamy się zastanawiać czy czasem myśmy nie otwarli za bardzo możliwości dla turystyki narciarskiej. Otwarte zostało 275 km szlaków. Jedna z wersji zarządzanie stanowiła, że narciarstwo poza trasowe można było uprawiać do 15 kwietnia. Po tej dacie mamy już wykopane świstaki na większości stanowisk, mamy kozice w zaawansowanej ciąży. Przepłoszenie kozicy w drugiej połowie kwietnia jest bardzo negatywnym czynem. W tym terminie obudził się już niedźwiedź i odbywają się tokowiska cietrzewi, więc jest to bardzo wrażliwy okres dla fauny. Z drugiej strony istnieje w tym czasie ruch pieszy. Dokładnie, poza tym, w tym kiedyś dyżurowałem na Kasprowym na początku maja i zobaczyłem sznur ludzi, który idzie na fokach na np. Zawrat czy na Czerwone Wierchy to pomyślałem, że nie możemy utrzymywać regulacji nie realnych, więc odstąpiliśmy od tych przepisów. W przeciwieństwie do Słowaków, którzy utrzymują takie regulacje. W Tatrach narciarstwo jest możliwe do momentu istnienia ciągłej pokrywy śnieżnej. Natomiast w tym okresie, skoro jednak tolerujemy narciarstwo w drugiej połowie kwietnia i na początku maja, to mamy wielki apel do narciarzy. W maju jadąc gdzieś tam w dzikim terenie poza trasą możecie trafić na kozicę, która kładzie młode. Jeżeli napotkamy taką kozicę, dajmy jej spokój. Przestraszenie takiej kozicy może spowodować jej śmierć. Czy można w takim razie wyznaczyć granicę między narciarstwem a dewastacją przyrody? To jest tak, im wyżej w górach, tym mniej regulacji prawnych, a więcej zdrowego rozsądku. Im znajdujemy się wyżej, tym powinniśmy się znajdować na wyższym poziomie odbioru gór. Mnie się wydaje, że skiturowcy to ludzie, którzy mają pozytywny stosunek do gór, bo to jest ich żywioł, więc i do tego komponentu jakim jest fauna. Po faunie się nie jeździ, nie jest nam ona niezbędna, ale jest ona dopełnieniem tych gór. Góry chcemy, żeby były pełne faunistów, a narciarzy na tyle, na ile pasja każe im to robić, bo jeżeli traktują Tatry jako poziome boisko, to lepiej żeby je uprawiali daleko gdzie indziej. Skora mowa o tej granicy, to my mówimy zdecydowane nie dla narciarstwa boiskowego, bo to jest już druga strona tej granicy. Aprobując to co już istnieje, ale mówiąc stanowcze nie dla dalszego rozwoju, na zasadzie budowy nowych kolejek czy budowy nowych tras. Myśmy chcieli poszerzyć przestrzeń przykolejkową o trasy dla freeridu, nie utrzymywane przez ratraki, natomiast kompletne niezrozumienie tematu przez organizacje ekologiczne spowodowało, że myśmy się z tego wycofali. Oni uznali, że my tworzymy nowe trasy. Fot. Jan Olszyński Czy ten pomysł został całkowicie zarzucony czy tylko odłożony do czasu spełnienia wszystkich formalności? Nie został zarzucony, bo my teraz ustawiamy tyczki zielono-czarne w rejonie Kasprowego szerzej niż jest teren deptany przez ratraki. Jest to teren przeznaczony dla tych, którzy nie chcą poruszać się po wyratrakowanej trasie. Cały konflikt w tamtym roku polegał na tym, że myśmy tą strefę dla freeriderów chcieli poszerzyć, aż do Pośredniego Goryczkowego. W tym roku sprawa nie została w ogóle podjęta ze względu na kiepskie warunki śniegowe. Park nie odżegnuje się całkowicie od tej idei, ale trzeba by znaleźć poparcie dla niej, nie wśród narciarzy, ale wśród organizacji ekologicznych, które na każde novum, na każdą modernizację, na każdą regulację inną niż dotychczasowa mówią nie. Nie rozumiejąc o co chodzi, podejrzewając park, że działa przeciw ochronie przyrody. Ja, w jakiejś mierze się przyznaje, że spaliłem idee, bo nie umiałem jej dobrze sprzedać, ponieważ sprawa została odebrana przez opinię publiczną, jako rozbudowa infrastruktury boiskowej, z czym w rzeczywistości nie miała wiele wspólnego. Więc jest teraz apel taki, by budować pomysł na narciarstwo przykolejkowe w trochę szerszym polu niż do tej pory, żeby ten narciarz czy snowbordzista, który nie ma i nie będzie miał nigdy fok, żeby mógł pojechać po śniegu nie udeptanym. Proszę zauważyć, że jak się jedzie na Kasprowy to widać jak duży odsetek ludzi ma narty inne niż dawniej. To już nie jest ta era, o której marzy „Ałuś”, że ktoś idzie na stok, żeby się ścigać na tyczkach. Ludzie teraz chcą czegoś innego od narciarstwa. Pewnej wolności, ludzie uciekają od ograniczeń trasy narciarskiej, sztucznego śniegu, ratrakowania i teraz chcą jeździć w miękkim śniegu. Dziś mamy deficyt świeżego śniegu, deficyt puchu. Na górę jadą ludzie nie w nartach wyczynowych, a z szerokimi nartami. Z tymi kaczymi dziobami podgiętymi z przodu i z tyłu, czyli ktoś, kto wiadomo, że nie będzie jechał po trasie tylko poza i to jest trend, który się z roku na rok nasila. My nigdy nie będziemy mieć Alp. Możemy zapomnieć, że staniemy się alpejską potęgą, możemy jedynie starać się znaleźć przestrzeń dla freeridu. Dla turystyki narciarskiej już ta przestrzeń jest. Jednak przestrzeń dla freeridu nie może wybiegać za daleko, tak, aby nie naruszała np. stanowisk cietrzewi w Dolinie Świńskiej. Jak się Pan odnosi do słowackiego modelu? Tam co prawda szlaki powyżej schronisk w zimie są zamknięte, ale istnieją skialp i freeride strefy. W Niżnych Tatrach jest o tyle prostsza sytuacja, że tam mają co prawda kozice, ale jest tam ona wprowadzona sztucznie. Jeśli chodzi o Słowację to jest to kraj, który w 60 % jest pokryty górami, a Polska ma 2 % gór, to jakby z tego już wynika inne podejście, bo jak się ma tyle gór to łatwiej jest ze względu na ochronę przyrody wprowadzać ograniczenia, niż jak tych gór jest niewiele. U nas takie rozwiązanie jest trudne do wprowadzenia. Tam jest więcej swobody w Niżnych Tatrach, jednak z drugiej strony w Tatrach Wysokich i Zachodnich oni są bardziej rygorystyczni niż my. Tam wprowadzają rejony dostępne w zimie. Może jest to pewną wartością, że na Słowacji można inaczej, a u nas inaczej. Zamknięcie w zimie górnych partii Tatr ma na celu ochronę kozicy, a nie jak się powszechnie uważa bezpieczeństwo. Nie powinniśmy ogradzać gór ze względu na to, że są niebezpieczne, tak jak nie powinniśmy zagradzać dostępu do jezior mazurskich, bo ktoś się może tam utopić. W górach chodzi właściwie o dwie rzeczy, żeby nie dać się zabić i nie zabijać przyrody i tego powinniśmy uczyć. W Polsce odsetek terenu wysokogórskiego jest bardzo niewielki to tylko 0,03 %. My teraz toczymy bój o wybór wartości, czy większą wartością jest chronienie tego skrawka dla przyrody i wyrzucenie stąd ludzi. Czy też dedykowanie tej przestrzeni ludziom, bo to jest przepiękne miejsce, w którym można się realizować choćby na nartach. Czy też to co my proponujemy jako Park Narodowy. Chrońmy tą przestrzeń, ale pod pewnymi rygorami udostępnijmy ją dla wspinaczy, czy narciarzy i to jest właśnie kompromis. Jednak ten złoty środek dla każdego będzie gdzie indziej. Dla narciarza technokarty, takiego jak Ałuś, który chce budować tunele, to już nie jest kompromis. Dla kogoś np. z Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot to nasze rozwiązanie Tatrzańskie, też jest nie do przyjęcia, choć pomimo wielu zaproszeń oni nigdy nie przychodzą na żadne dyskusje… Ale najgłośniej krzyczą… więc my mamy jakby spektrum poglądów. A my jesteśmy w środku, choć nie dokładnie pośrodku, bo pewnie bliżej nam do obrońców przyrody niż do technokratów. Choć nie mówimy, że w Tatrach nie może być narciarzy. Niech będą, wracmy do Zaruskiego wracmy do Oppenhaima, wtedy gór były kompletnie zaczynają się wypełniać, ja widzę jak szalenie popularne jest narciarstwo na fokach. Tym bardziej my musimy mówić o zasadach, bo jak się zacznie robić naprawdę masowe, to my będziemy zmuszeni do zastanowienia się, czy nie będzie trzeba zacząć wyłączać pewnych rejonów, np. Doliny Pańszczycy, bo będziemy musieli mieć pewien rejon ciszy. : Czy ostatnia akcja dotycząca pomiarów ruchu z użyciem GPS jest z tym związana? :My uczciwie chcemy badać jak ten ruch wygląda. Najpierw trzeba określić diagnozę, czyli jak ten ruch naprawdę wygląda w tej przestrzeni. Potem to upublicznić i rozpocząć dyskusję. My jako park nie działamy obok społeczeństwa. My jesteśmy w pewnym sensie „wynajęci” do ochrony tego miejsca i ja mam płatną pensję na zasadzie, że mam działać na rzecz wszystkich! A nie tylko na rzecz tych, co jeżdżą na nartach lub na nich nie jeżdżą. Powinniśmy działać dla tak ogólnie zdefiniowanego dobra. Najpierw na zainteresowanym forum poprowadzimy dyskusję, potem podejmiemy decyzję. Ochrona przyrody to jest wybór wartości. Będziemy szukać takich rozwiązań, które są bezpieczne dla przyrody, jak i dające pewne szanse dla narciarzy tak, by mogli korzystać z tych przestrzeni. Wywiad i zdjęcia: Jan Olszyński
napisz wywiad ze skawińskim